![]() |
|
Na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia żył w St. Louis słynny rusznikarz Henry. Z jego rąk wychodziła w owym czasie najdoskonalsza broń myśliwska. Znana później jako sztucer Henry'ego. Był to prototyp dzisiejszego winchestera.
Henry przyjaźnił się z pewną polska rodziną i często bywał u niej w domu. Tam poznał przyszłego Old Shatterhanda , który wtedy zarabiał na życie ucząc prywatnie dzieci. Henry polubił młodego człowieka i znalazł mu lepiej płatną pracę przy budowie Żelaznej Kolei Północnej. Odcinek, na którym pracował Old Shatterhand wraz z trzema kolegami, leżał między Red River i Kanadą. Były to tereny należące do Indian Kiowa, Komanczów, Apaczów i innych plemion. Czerwonoskórzy wszelkimi sposobami usiłowali udaremnić bladym twarzom, jak nazywali białych mieszkańców Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, wdzieranie się do ich rezerwatów. Tym samym uniemożliwiali budowę kolei. Toteż do ochrony robotników Zarząd przydzielił uzbrojonych westmanów, a wśród nich małego Sama Hawkensa i jego dwóch przyjaciół: długiego jak tyka Dicka Stone'a i Willa Parkera. Towarzysze nigdy się ze sobą nie rozstawali, dlatego nazwano ich Nierozłączną Trójką. Sam Hawkens również polubił młodego mężczyznę, który później statł się sławnym i podziwianym westmanem i myśliwym - Old Shatterhandem.
Budowa kolei szła opornie. Pan inżynier Bancroft i jego ludzie bardziej popijali niż pracowali. Dlatego też coraz więcej zajęć i obowiazków spadało na barki młodego chłopaka, za co nikt nie tylko mu nie podziękował, ale jeszcze Bancroft i pewien Amerykanin, nazwiskiem Rattler, szykanowali go i obrzucali wyzwiskami. Rattler raz nawet usiłował go pobić, natknął się jednak na tak silny cios pieścią, że stracił przytomność. Od tamtej pory młodzienca, z racji jego siły, nazwano Old Shatterhandem, czyli Miażdżącą Pięścią.
Pełen skrywanej nienawiści Rattler prześladował go teraz z coraz większą zajadłością. Pewnego razu położony na skraju lasu obóz zaatakował wielki niedżiwiedż grtzzly. Old Shatterhand bez wahania pierwszy rzucił się na potężne zwierzę i je zabił. Ale Rattler postanowił sobie przypisać unieszkodliwienie bestii, a przy okazji porachować się ze znienawidzonym młodzikiem. Wyciągnął więc szybko nóż i rzucił się w kierunku niedźwiedźia i Old Shatterhanda. Wtedy niespodziewanie przed nimi pojawił się ubrany w indianski strój meżczyzna. Był to Klekih-petra, biały czarownik i nauczyciel Apaczów Mescalero.
- Czy istnieje na świecie tak ważny powód, żeby biali skakali sobie do oczu? Zaprzestańcie walki! - rozkazał zwaśnionym.
Old Shatterhand natychrniast usłuchał z szacunku dla siwych włosów czarownika. Natomiast Rattler zaczął szydzid ze starca i jego kalectwa. Klekih-petra był bowiem garbaty. Nowo przybyły, nie zważając zupełnie na grubiańskie zachowanie Rattlera, rzekł:
- Ziemia, na której się znajdujecie, należy do Apaczów plemienia Mescaleros. Oni wam nie sprzedali ani nie odstąpili tych terenów.
U odpowiedzi z ust Rattlera usłyszał jedynie lekceważące słowa. Wtedy starzec zawołał cos w języku czerwonoskórych w kierunku lasu. Wnet na jego skraju ukazało się dwóch wodzów indiańskich, którzy wolno, z godnością, podjechali bliżej. Byli to: Incza-czuna i jego syn, Winnetou. Klekih-petra przedstawil ich zgromadzonym wokoł mężczyznom. Winnetou obejrzał dokładnie niedźwiedźia i zapytał:
- Kto zabił to zwierzę nożem?
- Ja - odpowiedział Old Shatterhand.
- Dlaczego blada twarz nie uzyła broni palnej? - spytał ponownie Winnetou. - Widzę, że leży tu kilka strzelb.
- Nie są moje - odrzekł Old Shatterhand. - Te należą do ludzi, Którzy na widok gryzzli zaczęli strzelać na oślep, a potem szybko pożucili broń i wdrapali się na drzewa.
- Uff, młoda blada twarz jest odważna - zauważył Winnetou.
Obaj młodzi popatrzyli na siebie uważnie i z sympatią.
Rattler jednak nie dał za wydraną i zaczął od nowa wykłucać się z Old Shatterhandem o niedżwiedzia. Również Bancroft wszczął sprzeczkę z In-czu-czuną. Wódz Indian nie podjął jednak kłótni, tylko ostro zażądał opuszczenia tego miejsca przez białych, ponieważ należy ono do czerwonoskórych.
- Jeżeli odejdziecie, pozostaniemy braćmi, w przeciwnym wypadku wykopiemy topór wojenny między wami i nami...
Biali poprosili o czas do namysłu i żeby Indian dobrze do siebie nastawić, poczęstowali ich wodą ognistą. Ci jednak odmówili. Fakt ten tak rozgniewał Rattlera, że porwał strzelbę i wycelował w Winnetou. Widząc to Klekih-petra rzucił się, by osłonić młodego Indianina. Kula trafiła szlachetnego starca. Prawie t tym samym momemcie pięść Old Shatterhanda powaliła Rattlera.
Leżący na ziemi Klelih-petra żegnał się z życiem. Winnetou nie spuszczał z niego wzroku. Zamglone oczy umierającego spoglądały na Winnetou, to na Old Shatterhanda. Po chwili załamującym się głosem wyszeptał:
- Niech młoda blada twarz pochyli się. A kiedy Old Shatterhand przyklęknął przy czarowniku, dodał: - Zostań z nimi i poprowadź moje dzieło.
W minutę później już nie żył.
- Tak, chcę być waszym przyjacielem, waszym bratem - wyrwało się z ust wstrząśniętego Old Shaterhanda.
Jednak rozgniewany Onczu-czuna tylko splunął pod jego nogi, po czym obaj - ojciec i syn - podnieśli z ziemi swego mistrza, położyli na koniu i w milczeniu odjechali.
Upłynęło sporo czasu, zanim Rattler odzyskał przytomność. Tego samego wieczoru Sam Hawkens, zabrawszy się do rozbierania niedźwiedzia, wymamrotał do siebie:
- Teraz zacznie się awantura, jeśli się ie mylę. - Często używał tego powiedzonka, niezależnie od okoliczności.
Robotnicy pracujący przy kolei rozważali, czy Apacze rzeczywiście powrócą do nich z wojownikami. A jeśli tak, to kiedy. Indianie odjechali bez słowa, co oznaczało, że porozumienie z nimi nie wchodzi już w rachubą. Blade twarze stały się ich wrogami. Sam Hawkins myślał o tym z niepokojem. Dlatego też wczesnym rankiem następnego dnia wyruszył ich tropem, żeby odgadnąć zamiary czerwonoskórych. Towarzyszył mu Old Shatterhand. Była to jego pierwsza wywiadowcza wyprawa.
Indianie z dwóch drągów i kilku desek zbudowali coś w rodzaju sani i na nich złożyli ciało zabitego czarownika. W ten sposób koń mógł go ciągnąć po prerii. Jednocześnie umożliwiło im to jechanie indiańskim zwyczajem jak najwęższym śladem. Ku niekłamaniemu zadowoleniu Sama fakt ten odkrył Old Shatterhand. Zauważył także, że jeden z wodzów pojechał szybciej, by jak najprędzej zawiadomić Apaczów o śmierci czarownika i zwołać radę starszych.
Sam i Old Shatterhand nie musieli już jechać dalej. Zorientowali się, co się święci. Zawrócili więc. Kiedy poili konie w strumieniu, spotkali sześciu Indian Kiowa z plemienia wodza Tangui. Sam ich dobrze znał. Zdecydował pozyskać ich przeciwko Apaczom.
- Hej, czy Bao, Przebiegły Lis, jedzie moim śladem? - zawołał.
- Tak, Przebiegły Lis sądził, ze to trop ApaczówMescaleros. A między Kiowami i tymi parszywymi psami został wykopany topór wojenny.Zabili czterech wojowników Przebiegłego lisa, kiedy Kiowowie chcieli im ukraść konie.
- Dlaczego moi dzielni bracia mieliby zabierać konie Apaczów? - zdziwił się Old Shatterhand.
- Do Kiowów przyszły blade twarze i chciały kupić konie, wiele koni... Przebiegły Lis nie miał tyle mustangów, więc wojownicy postanowili zabrać konie Apaczów - wyjaśnił Kiowa.
Old Shatterhand chciał wyrazić oburzenie na taki postępek, ale zauważył ostrzegawcze spojrzenie Sama, toteż milczał.
- Jak daleko są wojownicy Kiowów? - zapytał Hawkins.
- O jeden dzień jzady za Przebiegłym Lisem. Jest ich dwustu, a prowadzi ich sam wódz - odpowiedział z dumą Bao.
Kedy się dowiedział, ze Inaczu-czuma i Winnetou pojawili się w okolicy i że niebawem mogą tu znowu przyjechać, nie miał zacywyconej miny. Zaraz też chciał wracać do swoich. Zatrzymało go jednak pytanie Sama:
- Czy Przebiegły Lis chciałby pojmać żywcem Inczy-czumę i Winnetou?
Indianom oczyaż zaświeciły zię na taką myśl. Wtedy Sam opowiedział im, co się ostatnio wydarzyło w obozie robotników pracujących przy budowie kolei. Podobnej okazji Kiowowie nie mogli przepuścić. Nadarzała się im też sposobność wyrównania porachunków z Apaczami, a może nawet wzięcia do niewoli ich wodzów.Pojechali zatem do obozu białych.
Old Shatterhand sprzeciwiał się zamiarom Sama. Ale doświadczony westman szybko rozwiał jego wątpliwości i wyjaśnił:
- Jak tylko Kiowowie złapią Apaczów, to my ich pod psłomą nocy uwolnimy. A to z kolei spowoduje, że Apacze będą musieli okazać nam wdzięczność i porzucić myśl o zemście. Najwyżej wydamy Rattlera.
Old Shatterhand na znak zgody uścisnął dłoń Sama.
Następnego dnia przybyli na olśniewających mustangach Kiowowie. Byli znakomicie uzbrojeni, mieli strzelby, noże i tomahawki. Prawdziwi wojownicy.
Ich wódz nie zachowywał się jednak przyjacielsko wobec Sama i reszty białych. Czując swoją siłę najchętniej by ich z miejsca zaatakował i wziął do niewoli. Dopiero uroczyste wypalenie fajki pokoju uświadomiło mu, ąe znajduje się w obozie bladych twarzy - tym razem przyjaciół i sprzynierzeńców.
Większość Indian ze względu na bezpieczeństwo musiała ukryć się poza obozem. Apacze nie powinni się zorientować, z jakę siłą przyjdzie im walczyć. Kiowowie wycofali się zatem do pobliskiego lasu. Ich ślady utarły ulewny deszcz, przewidziany już rano przez Sama Hawkensa, gdyż dzień zaczął się wiatrem i zimnem.
Old Shatterhand nie mógł uwolnić się od myśli o Winnetou i jego ojcu. Wywarli na nim niezatarte wrażenie. Pragnął żeby wypadki, jakie miały nastąpić, były już poza nim.
Minął jeszcze dzień. Hawkins, który sam wyruszył z obozu, aby zbadać sytuację, poweócił i oznajmił, że podsłuchał rozmowę, z której wynikało, że nadciąga około pięćdziesięciu Apaczów. Mieli oni za zadanie wziąć w niewolę wszystkie blade twarze i doprowadzić je do wioski Mescalerów, położonej nad Rio Pecos, w której przygotowano już pal męczeństwa. Natychmiast powstało pytanie, gdzie znajdują się obecnie główne siły Apaczów. Ale Sam tylko potrząsnął głową:
- Nic o tym nie mówiono. Nie ma to zresztą dla nas znaczenia... jeśli się nie mylę.
Tym razem jednak Sam bardzo się pomylił. Niebawem wszyscy się o tym przekonali. Opowiadanie west mana trzykrotnie przerywał krzyk orła. Tak nawoływali się stojący na warcie Kiowowie, którzy dostrzegli już pierwszych Apaczów. Sam i Old Shatterhand wymknęli się niepostrzeżenie z obozu, ale nie udało się im nikogo zobaczyć, mimoże mocno wytężali wzrok. Młodzieniec dowiedział się później od Winnetou, że Apacz znajdował się wtedy bardzo blisko i bacznie go obserwował.
Obaj westmani wrócili z niczym. W obozie zbierano drewno na wieczorne ognisko. To był pomysł Sama, który w ten sposób chciał upozorować rzekomo beztroskie zachowanie robotników, jak gdyby nie spodziewali się niczego złego. Kiedy się ściemniło, rozpalono ognisko widoczne nawet z dużej odległości. Zwiadowcy Apaczów zobaczyli jedynie białych siedzących przy kolacji. Natomiast tam, gdzie nie sięgał już blask ognia, rozłożyło się dwustu Kiowów. Na posterunku trwali dzielnie Sam, Old Shatterhand, Dick Stone i Will Parker. Kiedy Apacze wdarli się do obozu, miejsce przy ognisku okazało się puste. Zdziwiło to napastników, a Winnetou, który natychmiast zorientował się, że zastawiono pułapkę, krzyknął:
- Wycofać się! - I spiął konia do odwrotu.
Ale już było za późno. Dosięgła go i powaliła pięść Old Shatterhanda. Równocześnie Sam, Dick i Will pochwycili i związali Inuczu-czunę. Uzgodnili to wcześniej, nie chcieli bowiem, żeby obaj wodzowie dostali się do niewoli Kiowów. Ci zdążyli pokonać pięćdziesięciu Apaczów.
Pojmanych Apaczów Tangua kazał przywiązać do najbliższych drzew. Mimo protestów Old Shatterhanda Kiowowie zrobili to samo z Winnetou i Inczu-czuną.
Po północy u Kiowów paliło się tylko jedno ognisko. Inne już wygasili. Dzięki temu Old Shatterhandowi udało się zakraść do jeńców i przeciąć więzy. Obaj wodzowie nadal jednak pozostali nieruchomo przy drzewach, jakby się nic nie stało. Old Shatterhand zabrał ze sobą pocięte powrozy i pukiel włosów Winnetou, potem nie zauważony powrócił do swoich towarzyszy. A ci już bardzo się o niego niepokoili. Cała wypraw młodego westmana trwała bowiem niemal dwie godziny. Nagle porozumiawszy się wzrokiem równocześnie rzucili się na ziemię i przepadli w ciemnościach. Kilka minut później pilnujący ich Kiowa zauważył zniknięcie wodzów. Wydał z siebie okrzyk, który poderwał na nogi wszystkich w obozie. Inczu-czunie i Winnetou udało się jednak zniknąć bez śladu. Tangua zabronił karmić jeńców, chciał, by umarli powolną śmiercią głodową. Ponieważ jednak Sam Hawkens ostro przeciw temu zaprotestował, wódz zdecydował, że nazajutrz Old Shatterhand ma stanąć do walki o życie Apaczów z jego najsilniejszym wojownikiem - Błyskawicznym Nożem. Podniecony zwycięstwem, postępny Tangua nie dopuszczał myśli, że Kiowa może zostać pokonany. Tak jednak się stało. Na placu boju pozostał martwy Błyskawiczny Nóż. Serce czerwonoskórych wypełniła wściekłość.
Nagle w złowrogą ciszę, jaka zapanowała po zwycięstwie Old Shatterhanda, wdarł się bojowy okrzyk Mescalerów. To połączone siły Apaczów, liczące około sześciuset wojowników, pod wodzą Inczu-czuny i Winnetou, zaatakowały zaskoczonych Kiowów i ludzi Bancrofta. Tym razem napadnięci nie mieli żadnych szans, bo na każdego z nich przypadało kilku Apaczów. Inczu-czuna wycelował w Old Shatterhanda i krzyknął:
- Ty złodzieju indiańskiej ziemi!
Wiedział bowiem, że właśnie ten młodzieniec najpilniej pracował przy budowie kolei. Młdy westman usiłował wytłumaczyć wodzowi, że nie jest wrogiem Indian, lecz nadaremnie. Nie pozostał mu więc nic innego, jak w obronie własnego życia zrobić użytek z pięści. Zobaczywszy padającego Inczu-czunę, Tangua podskoczył i chciał go oskalpować. Ale Old Shatterhand obronil wojownika. Nóż Tangui zranił jedynie ramię białego. Krople krwi białego człowieka spłynęły na twarz nieprzytomnego wodza czerwonoskórych.
Przybyły ojcu na pomoc Winnetou rzucił się na Old Shatterhanda i kolbą strzelby zadał mu totworny cios w lewą rękę, a nożem ugodził go w pierś z lewej strony. Na szczęście ostrze ześlizgnęło się po blaszanej płaskiej puszce, w której Old Shatterhand przechowywał dokumenty. Dzięki temu został jedynie zraniony, z nie zabity. Mimo odniesionych obrażeń nie poddał się i między późniejszymi przyjaciółmi doszło do ostrej walki, w której, o dziwo, Winnetou uległ potężnej pięści westmana. Ten jednak zaraz potem padł pod razemi Apaczów.
Obalony pięścią Old Shatterhanda Tangua także leżał nieprzytomny na murawie.
Kiedy Old Shattarhand ocknął się po długim, długim czasie, spostrzegł,że wraz z Samem, Dickiem i Willim znajdują się w niewoli w wiosce Mescalerów. Trzy tygodnie życia młodego człowieka wisiało na włosku. Potem potrzebował jeszcze trzech tygodni, żeby całkowicie wydobrzeć i nabrać trochę sił.
Śliczna siostra Winnetou o imieniu Nszo-czi, Piękny Dzień, pielęgnowała go ze wzruszającą troskliwością. Winnetou pozwolił na to jedynie dlatego, że zarówno Old Shatterhandowi, jak i Samowi, Dickowi i Willowi przeznaczono śmierć przy palu męczeństwa na oczach Apaczów, którzy mieli przyglądać się, jak umierają ich wrogowie.
Winnetou ciągle jeszcze nie chciał wierzyć zapewnieniom białych ludzi, że są szczerymi przyjaciółmi Apaczów.
Inczu-czuna i Winnetou nie potrafili przeboleć uwłaczającego ich honorowi faktu, że zostali pokonani przez blade twarze. Ani także uwierzyć, że działali oni jedynie w obronie własnej, a ich zwycięstwo było pozorowane.
Sprawa była o tyle trudniejsza, że chytry Tangua, znajdujący się teraz wraz ze stu siedemdziesięciomuKiowami w niewoli Apaczów, skłamał, iż Błyskawiczny Nóż zginął z rąk Mescalerów. Swoje słowa potwierdził uroczystą przysięgą na Wielkiego Manitu. Zaprzeczył, jakoby miał kiedykolwiek zamiar oskalpować Inczu-czunę. Przeciwnie, rzucił się na niego tylko dlatego, żeby własnym ciałem osłonić go przed nożem Old Shatterhanda.
Tymczasem Kiowowie wysłali kilku swoich wojowników do macierzystych wiosek po broń i różne prezenty dla Apaczów, które miałyby świadczyć o chęci pojednania. Następnej nocy posłańcy wrócili, a za dnia odbyło się zebranie rady starszych Apaczów. Postanowiono, że Old Shattarhand musi stanąć do walki wręcz z Inczu-czuną, przy czym Indianin może użyć tomahawku, natomiast blada twarz musi walczyć siłą i zręcznością. Jeżeli zwycięży, odzyska wolność, a wraz z nim Sam, Dick i Willy. Sprawy Rattlera wogóle ie rozpatrywano. W razie przegranej wszyscy ponieśliby śmierć przy palach męczeństwa. Indianie, pewni zwycięstwa, odrazu przywiązali trzech westmanów do drzew. W tym pojedynku widzieli wyrok Wielkiego Manitu. Miało się również okazać, kto mówił prawdę: Tangua czy Old Shattarhand, który oczywiście zaprzeczał kłamstwu Kiowów. Jedynie Winnetou poważnie zastanawiał się nad słowami młodego mężczyzny. Reszta wierzyła raczej czerwonoskórym. Apacze, jak już wiemy, mieszkali nad Rio Pecos. Old Shatterhand przede wszystkim chciał znaleśćjak najdogodniejsze miejsce do walki. Skoczył więc do rzeki i płynąc szukał, gdzie by tu zwabić przeciwnika. W pewnym oddaleniu zobaczył rosnący nad samym brzegiem wspaniały cedr. Przy nim postanowił walczyć, toteż wyszedł więc z wody. Tuż za nim płynął Inczu-czuna, który za pas miał zatknięty tomahawek.
Na początku Old Shatterhand zanurkował i tak długo przebywał pod wodą, że Indianie myśleli, iż utonął. Już cieszyli się z wydanego wyroku przez Wielkiego Ducha korzystnego dla nich wyroku. Niestety, ku ich rozczarowaniu, Old Shatterhand wynurzył się i wyskoczył azybko na brzeg. Od razu stanął za cedrem. Już w pierwszych minutach walki Old Shatterhandowi udało się odebrać wodzowi tomahawek. Inczu-czuna nie poddawał się jednak i dalej walczył, wreszcie biały uderzył czerwonoskórego drzewcem tomahawku i wódz padł na trawę straciwszy przytomność. Stojącym na drugim brzegu wydało się, że Old Shatterhand go zabił. Indianie wydali więc okrzyki bólu i zawodu, a Winnetou niezwłocznie popłynął do ojca. Kiedy Old Shatterhand wyjaśnił mu, że Inczo-czuna jest tylko nieprzytomny i oddał tomahawek, Winnetou z wdzięcznością zawołał:
- Old Shatterhand jest szlachetnym człwiekiem! Winnetou prosi, aby jego brat mu towarzyszył.
Od tego czasu stali się prawdziwymi przyjaciółmi. Sam, Dick i Will zostali natychmiast uwolnieni, a wszystkim białym Indianie zwrócili broń i wszelkie wartościowe przedmioty, jakie im uprzednio zabrali. Dopiero wtedy Old Shatterhand pokazał Winnetou pukiel włosów, który mu obciął przy uwalnianiu go z rąk Kiowów. Czerwonoskórzy przekonali się na własne oczy, że to biali ratowali ich wodzów. A najbardziej cieszyła się siostra Winnetou, Nszo-czi.
Na tym się jednak cała historia nie skończyła. Old Shatterhand zażądał, żeby Tangua przyznał się do kłamstw i również stanął z nim do walki.
Tangua spojrzał nieufnie i spytał:
- Czy blada twarz wybierze może nóż, którym zabił mojego najlepszego wojownika?
Tymi słowami zdradził swoje kłamstwo. I teraz musiał pojedynkować się, ale już na broń palną. Jako wódz miał prawo do pierwszego strzału. Był jednak tak wzburzony, że kula przeleciała obok. Natomiast młody westman wycelował spokojnie w kolana Tangui i trafił. Oszczerca na całe życie stracił władzę w nogach. Po tym wydarzeniu Kiowowie szybko opuścili teren Apaczzów.
Wktótce po ich wyjściu odbył się pogrzeb Klekih-petry. Apacze zbudowali piękny grobowiec i złożyli na nim ciało cenionego białego mistrza i czarownika.
Klekih-petra w języku Indian znaczyło mniej więcej to samo co Biały Ojciec. Czarownik był z pochodzenia Polakiem. Z powodów politycznych opuścił swoją ojczyznę, a nową znalazł u czerwonoskórych. Jego zabójca, Rattler, miał być pogrzebany razem ze swoją ofiarą. Zachowywał się jednak tak tchórzliwie, że Apacze zmienili zdanie i strącili go po prostu do głębokiej rzeki, a po pewnym czasie, kiedy odpłynął już od brzegu, co dało mu szansę ratunku, dwaj młodzi wojownicy strzelili do niego. Rattler w mgnieniu oka zanurzył się w otchłań wodną.
Inczu-czuna zrozumiał, że dotychczas niesprawiedliwie osądzał Old Shatterhanda. Teraz więc starał się mu to wynagrodzić. Polecił Nszo-czi, żeby przyniosła w dwuch czarkach wodę. Naciął przedramię Old Shatterhanda i do jednej wpuścił kilka kropli jego krwi, do drugiej kilka kropli krwi Winnetou. Potem obaj młodzieńcy wymienili czarki i wypili wodę do dna. Dzięki temu staremu obrządkowi zostali braćmi do końca życia. Ponadto Old Shatterhand otrzymał godność wodza i zapewnienie pełnego poparcia Inczu-czuny dla budowy kolei. Na szczęście, podczas całej awantury sprzęt i aparatura nie zostały naruszone. Bez tego Towarzystwo Kolei Zachodniej nie wypłaciłoby nikomu ani centa z umówionej pensji.
Old Shatterhand musiał odczekać jednak pewnie czas z przystąpieniem do pracy, aż znowu nadarzy się sposobność dojechania do właściwych terenów. Były bowiem one oddalone od wioski Apaczów o dobre kilka dni konnej jezdy.
Czekając na wymarsz młodzy westman poznawał język Apaczów. Sam, Dick i Will również poznawali u czerwonoskórych przyjaciół. Drugą nierozłączną trójkę stworzyli teraz: Winnetou, Nszo-czi i Old Shatterhand. Rodzeństwo uczyło białego brata różnych zwyczajów indiańskich i sprawności, tak bardzo potrzebnych ludziom przebywającym na Dzikim Zachodzie. Old Shatterhand postawił na grobie Klekih-petry krzyż. Coraz częściej spostrzegał, że Apacze widzieli w nim następcę zabitwego mistrza. Najchętniej przyjęliby wiadomość, że na zawsze z nimi pozostanie.
Pewnego dnia Inczu-czuna poruszył problem mażeństwa między białymi a Indianami. Old Shatterhand w lot pojął, że wódz chętnie oddałby mu córkę za żonę. Nie to jednak leżało w zamiarach młodzieńca. Nszo-czi była wprawdzie piękną dziewczyną i bardzo ją polubił, ale przecież nie przyjechał na Dziki Zachód po to, żeby się w tak młodym wieku ożenić i osiąś gdzieś na stałe. Nie chciał jednak nikogo z przyjaciół urazić. Dlatego bardzo ostrożnie się sprzeciwił. Wyznał, że - jego zdaniem - Indianka, zanim mogłaby wyjść za mąż za białego człowieka, powinna zostać chrześcijanką.
Nad tę sprawą Indianie musieli się poważnie zastanowić. Któregoś dnia Nszo-czi oznajmiła, że zamierza pojechać do St. Louis. Old Shatterhand też planował się tam wybrać, gdyż miał w Zarządzie Kolei odebrać zapłatę. Należy dodać, iż Nszo-czi i Winnetou byli półsierotami. Ich matka zmarła, gdy byli jeszcze małymi dziećmi.
Nszo-czi pragnęła w St. Louis poznać obyczaje i sposób bycia białych sióstr, czego nie była w stanie nauczyć się w rodzinnej wiosce. Nietrudno odgadnąć, jakie motywy nią kierowały.
Zatem wyruszono w drogę na Wschód: Inczu-czuna i Winnetou, którzy chcieli umieścić Nszo-czi u jakiejś szlachetnej rodziny, wraz z nimi Old Shatterhand i ' Nierozłączna Trójka'. Trzech traperów również ciągnęło już do miasta. Nadchodził przecież 'czas póżnej jesieni', czyli trzecia dekada listopada, po której szybko zjawiała się długa i monotonna zima. Rodzinie Nszo-ni i białym braciom towarzyszyło trzydziestu Apaczów. Mieli oni troszczyć się o bezpieczeństwo i zaopatrzenie w żywność całej wyprawy.
Old Shatterhand nie dosiadał swego deresza, tylko młodego, pięknego karego mustanga. Otrzymał go w podarunku od Winnetou. Koń nazywał sie Hatatitli, czyli Błyskawica. Winnetou dosiadał brata Błyskawicy - Ilczi, co znaczyło: Wiatr. Reszta Apaczów także jechała na wyśmienitych koniach. Jedynie Sam Hawkins pozostał wierny ulubionej Mary, a pod tym imieniem krył się niezwykle mądry muł, który bardzo pasował do swego pana. Po trzech dniach karawana dotarła do miejsca, w którym Rattler zabił Klekih-petrę.
Zatrzymano się więc, żeby Apacze mogli wznieść z kamieni pomnik na pamiątkę wspaniałego starca. A stamtąd było jeż blisko do terenów budowy kolei. Wokół bielały kości mężczyzn poległych w walkach między Amerykanami a Kiowami. Zebrano je i złożono we wspólnym grobie.
Old Shatterhand przez cztery dni robił ostatnie pomiary i kreślił rysunki przy wydatnej pomocy Winnetou i Nszo-czi, następnie wszyscy ruszyli w dalszą drogę.
Po dwóch dobach napotkali czterech jeźdźców ubranych jak kowboje i uzbrojonych po zęby. Powiedzieli, że jadą do Kaliforni, gdyż tam pasterzom bydła płacą lepiej niż płacili im tutaj dotychczasowi pracodawcy.
Przywódca czwórki przedstawił sie jako Santer. Z początku kowboje nie wydawali się zachwyceni tak liczną grupą Indian, ale gdy rozpoznali Sama Hawkinsa, uspokoili się. Wypytali go bardzo dokładnie, skąd i dokąd jadą. Po rozstaniu się z nimi OLd Shatterhand i Winnetou zganili Sama za jego gadulstwo, bo poznani kowboje wydali się im podejrzani.
Kiedy Indianie wyruszają na Wschód, potrzebują pieniędzy. Z sobie tylko wiadomych miejsc wydobywaja w drodze samorodki złota, które w owych czasach były także środkiem płatniczym. Inczu-czunawyjawił, że i oni tak postąpią. Jutro rano dotrą do góry zwanej Nugget-tsil. Tam właśnie on i jego dzieci odnajdą miejsce, gdzie znajduje się żyła złota.
A jeśli czterej nie znani nikomu kowboje na to właśnie liczyli? Cóą wtedy? Wtedy należy się obawiać, że zawrócą i podążą tropem Apaczów. Indianom dobrze było wiadomo o gorączce złota panującej wśród białych twarzy.
Winnetou i Old Shatterhand szybko zawrócili. Wkrótce istotnie dostrzegli jadących pospiesznie w ich stronę czterech mężczyzn.
- Nie wyglądają na takich, którzy mają złe zamiary - stwierdził Winnetou.
Niestery bardzo się pomylił. Już niebawem miało się okazać, że ludzie ci byli niebezpiecznymi awanturnikami., krórzy spodziweali się, że mogą być śledzeni. Jak tylko się ściemniło, zawróciłi i pojechali tropem naszych przyjaciół. Ci, przy żródle otoczonym krzakami i drzewami, założyli obozowisko. Santer podczołgał się w pobliże i posdłuchał, co Indianie mówili o złocie i Nugget-tsil.
Wczesnym rankiem Inczu-czuna, Winnetou i Nszo-czi wyruszyli w kierunku góry, Old Shatterhand postanowił zaś zapolować na zwierzynę i pojechał w przeciwną stronę. Ku swemu zdumieniu ujrzał ślady Apaczó. Oznaczał to,że zmienili drogę. Kiedy natrafił także na trop czterech kowbojów i dostrzegł w zaroślach konie, zaniepokoił się.
Nie miał już wątpliwości, że przyjaciołom grozi poważne niebezpieczeństwo. Szybko obwiązał swojego mustanga i pogalopował za bandytami. Długo jechał ocienionym wąwązem, aż dotarł do wąskiej skalnej rozpadliny. Tutaj koń byłby tylko zawadą. Zsiadł więc i przywiązał go do drzewa. Dalej ruszył już piechotą. Po pewnym czasie z oddali dobiegły go odgłosy wystrzałó i krzyk. Był to śmieretny krzyk Apacza. Old Shatterhand co tchu wybiegł na polankę i jego oczom ukazał się straszliwy widok. Na trawie leżeli Nczu-czuna i jego córka. Wódz był martwy. Nszo-czi jeszcze oddychała. Za wyłomem skalnym krył się Winnetou. Ładował sztucer. Dwóch bandytów czaiło się za drzewami, celując z karabinów, trzeci pod ich osłoną skradał się w kierunku Winnetou. Czwartego Indianinowi udało się zastrzelić.
Ci dwaj byli dla Winnetou bardziej niebezpieczni niż trzeci. Old Shatterhand bez wahania wymierzył i dwoma strzałami położył ich trupem. W tejże sekundzie stracił z oczu trzeciego, który uciekł w popłochu. Winnetou stanął skamieniały z bólu i rozpaczy.
- Mój brat widzi, co się stało?!
Nszo-czi po raz ostatni otworzyła piękne oczy. Była śmiertelnie ranna. Wyszeptała tylko:
- Winnetou, pomścij mnie. - Potem dostrzegła klęczącego przy niej Old Shatterhanda. Uśmiech rozjaśnił jej blade wargi. - Old Shatterhand, jesteś tu...- Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale śmierć zamknęła jej usta na zawsze.
Winnetou położył obie dłonie na ramionach przyjaciela.
- Umarła wypowiadając twoje imię. Nie zapomnij o tym.
Złoczyńcą, który pozostał przy życiu, okazał się Santer. Udało mu się dotrzeć do konia, przywiązanego przez Old Shatterhanda w wąwozie, i zbiec. Westman w zastępstwie Winnetou pognał za nim jak wicher. Niebawem dołączyli do niego Sam, Dick, Will i dziesięciu Apaczów. Młody Indianin wraz z resztą towarzyszy zostali przy zabitych ojcu i siostrze. Westmani zorientowali się, że Santer uciekł do Kiowów. Slad jego konia wyrażnie prowadził w kierunku ich terenów myśliwskich. Po dwóch dniach pościg był już tak blisko, że lada chwila spodziewano się dogonić bandytę. Kiedy opowiedział Indianom, co się zdarzyło i że dopiero co zabił Inczu-czunę, przyjęli go z otwartymi ramionami.
W nocy Old Shatterhand i Sam Hawkins zakradli się pod niewielkie obozowisko Kiowów, żeby rozeznaćsię w sytuacji. Old Shatterhand pojmał jednego z Indian, ale niestety, i Sama pochwyciło czterech wrogów. Haekens zanadto zbliżył się do Santera.
Old Shatterhand ze swej kryjówki słyszał, Jak rozwścieczony Sam krzyczał do bandyty:
- Morderco! Zapłacisz za to, coś zrobił, jeśli się nie mylę...! - I rzucił się na niego z pięściami. Santer zaczął się bronić, a wtedy podskoczyli Kiowowie i rozdzielili ich. W tej samej chwili z zarośli wypadł Old Shatterhand z dwoma rewolwerami w rękach. Przestraszony Santer rzycił się w bok i zniknął w mrokach lasu. Old Shatterhand porwał gwałtownie Sama i popchnął go wprost w wyschłnięte koryto rzeki. I żeby zmylić Kiowów, rzucił się w kierunku przeciwnym do tego, z którego przyjechali. Z obozu nie można było dostrzec tego miejsca, ale Sam nie dorównywał przyjacielowi szybkością, toteż Kiowowie znowu go pojmali i powlekli ze sobą do Tangui.
Biali bez Sama, oczywiście, wraz z Apaczmi powrócili do Winnetou. Wszystko już było przygotowane do pogrzebu. Wodza posadzono i przywiązano do jego konia, wokół usypano kopiec ziemi, który potem obłożono kamieniami. Zanim jednak zamknięto ten indiański grobowiec, jednym strzałem uśmiercono zwierzę. Nszo-czi oparto o pień drzewa, wokół niej także usypano kamienny kopiec. Kiedy po latach Old Shatterhand z Winnetou przyjechali w to miejsce, oba groby zastali w nie naruszonym stanie.
Santorowi udało się ponownie spotkać z Kiowami. Nie dał za wygraną i nie tracił nadziei na znalezienie złota z Nugget-tsil, a przedtem jeszcze na pojmanie Old Shatterhanda i Winnetou.
Miał mu to umożliwić chytrze przemyślany plan, który na szczęście się nie powiódł. Old Shatterhand podsłuchał bowiem Santera, jak omawiał plan z Kiowami, i ostrzegał Winnetou. Apacze pierwsi uderzyli na obóz Tangui. Wioska leżała przy Salt Fork obok dopływu Red River. Krótko przed zaatakowaniem wioski spotkali dwuch białych kupców, którzy trudnili się handlem wymiennym z Kiowami. Od nich dowiedzieli się, że Sama uwięziono na wyspie leżącej naprzeciw wioski. Podobno traktują go dobrze, gdyż w rękach Old Shatterhanda pozostaje jako zakładnik jeden z ich wojowników. Indianin ten nosi imię Pioda i był ukochanym synem Tangui. Winnetou i Old Shatterhand uprowadzili go z samego środka obozu. Santer poczuł się mocno zagrożony, toteż uciekł z wioski rzeką, zabierając indiańską łódkę. W ślad za nim ruszyli Apacze i Winnetou, który pożegnał się na jakiś czs z przyjacielem, udającym się do St. Louis.
- Nie zostawj zbyt długo w miastach Wschodu, wróć szybko do Winnetou. Niech dobry Manitou cię strzeże. Howgh! Old Shatterhand zarzucił sztucer na ramię i poszedł do Tangui. Ten siedział przed wigwanem z dwoma młodszumi synami. Kiedy chłopcy ujrzeli, kto się zjawił, przerazili się nie na żarty i prysnęli szybko do namiotu. Tangua wezwał swoich ludzi. Wtedy Old Shatterhand wyciągnął nóż i spytał:
- Chcesz, żeby i Pida został zabity? To on przysyła do ciebie.
Tangua, zorientowawszy się, że nie ma innego wyjścia, po naradzie ze starszymi zgodził się uwolnić Sama. Obaj westmani wrócili do obozu ku wielkiej radości Dicka Stone'a i Willa Parkera. Razem z Old Shatterhandem przyjechali czterej Kiowowie. Chcieli zabrać od bladych twarzy Pidę i innych jeńców, zwolnionych z niewoli w zamian za Sama.
Kiowowie bez słowa dosiedli koni i odjechali. Sam, siedząc na swojej Mary, krzyknął jeszcze za nimi:
- Już żaden Kiowa nigdy mnie więcej nie złapie, jeśli się nie mylę...
